Category Archives: Aleksandra Pałka

IMHO & FYI. Dlaczego internauci skracają myśli?

Internet jest pod względem językowym siedliskiem skrótowości. Jedną z pierwszych przyczyn takiego stanu rzeczy była niewielka przepustowość łączy, która nie pozwalała na przesyłanie dużej ilości informacji przez kanał komunikacyjny. Tendencja tworzenia skrótów i skrótowców utrzymała się do dziś i dotyczy przede wszystkim powszechnie używanych przez internautów zwrotów, względnie prostych i umożliwiających ich odkrycie z kontekstu wypowiedzi.

Wyróżnia się dwie podstawowe grupy tego typu internetowych uproszczeń:

  • ucięcia, np. cze (cześć), siema (jak się masz), nara (na razie), pozdro/pzdr (pozdrowienia), spoko (spokojnie), thx (thanks);
  • akronimy, np. AKA (also known as), IMHO (in my humble opinion), FYI (for your information), F2F (face to face), WTF (what the fuck).

Niektóre ucięcia funkcjonują w mowie potocznej. Chociaż w drugiej grupie przeważają skrótowce anglojęzyczne, w wirtualnych zakamarkach można natknąć się czasem na odpowiedniki polskie, np. MSZ (moim skromnym zdaniem), ATSD (a tak swoją drogą), NTG (nie ta grupa), a nawet tak rozbudowane jak PPNMZS (po prostu nie mogę ze śmiechu). Wszelkie skróty – zarówno ucięcia, jak i akronimy – pojawiają się przede wszystkim w miejscach ukierunkowanych na dialog, m.in. na forach, czatach i w sieciowych grach komputerowych (FTW – for the win/po zwycięstwo!).

Nie raz, nie dwa, kiedy czytałam wypowiedź internauty, musiałam sięgnąć do Miejskiego słownika slangu i mowy potocznej, by odkryć znaczenie zaszyfrowanych słów.

Zadałam więc sobie pytanie: dlaczego internauci tak często używają skrótów?

Współczesne możliwości technologiczne sprawiają, że dla przeciętnego użytkownika globalnej sieci objętość przesyłanej wiadomości tekstowej nie podlega właściwie żadnym ograniczeniom. Nietrudno więc dojść do wniosku, że podstawową przyczyną skracania pewnych wyrażeń i słów jest sam proces wytwarzania tekstu, który niewątpliwie trwa dłużej niż wypowiedzenie tej samej treści. To tłumaczyłoby także używanie tego rodzaju uproszczeń wśród przedstawicieli starszego pokolenia.

Innym powodem używania omawianych skrótów jest potrzeba wyjątkowości czy – jak to określił językoznawca Jan Grzenia – nobilitacji kanału przekazu. Wewnętrzne zasady porozumiewania się i środowiskowe słownictwo powodują, że grupa staje się minispołecznością: charakteryzuje ją większa spójność, a także uwidacznia się hierarchizacja – łatwiej odróżnić wytrawnego użytkownika od nowicjusza. I z punktu widzenia tego ostatniego wyłania się kolejny cel – zyskanie akceptacji.

Z czego jeszcze wynika internetowa skrótowość? Z powszechnego dążenia do ekonomiczności. Bywa, że niektóre formy krótsze rzeczywiście są dla nas dużym ułatwieniem. Pozostaje pytanie, czy aby na pewno w sytuacji, kiedy skrót przypomina bardziej wieloliterowy szyfr niż jakąkolwiek treść. Tym bardziej, że zdecydowana większość używanych akronimów przez polskich internautów nie ma nic wspólnego z językiem ojczystym. I chociaż w międzynarodowym środowisku graczy komputerowych wydaje się to uzasadnione, w przypadku polskich serwisów – nie do końca.

Przykład: akronim AFAIK (as far as I know) w porównaniu z naszym ojczystym odpowiednikiem OIW (o ile wiem) kłóci się nieco z zasadą ekonomii języka, czyż nie?

Zachęcam więc – jeśli już istnieje taka konieczność – do używania polskich skrótów! Nie zapominajmy przy tym, że głównym celem przyświecającym nam w akcie komunikacji jest bycie zrozumianym. Użytkownicy konkretnego forum mogą opracować własny system leksykalny, który nie będzie się sprawdzać w prywatnej korespondencji, nie mówiąc już o języku formalnym.

Czym groziłaby taka konsekwencja? Odpowiada – z przymrużeniem oka – Kabaret OT.TO:

PS Jest mi niezwykle miło, że pomimo tymczasowego braku nowych wpisów zgłaszacie się do mnie po rady dotyczące polszczyzny. Mam nadzieję, że pomogłam Wam rozwiać niektóre wątpliwości i możecie być bardziej świadomi pewnych aspektów naszego języka ojczystego.

PS2 Jeśli macie (lub mielibyście w przyszłości) problemy z rozszyfrowaniem jakiegoś anglojęzycznego skrótowca, pokaźny zbiór tego typu akronimów znajdziecie tutaj.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Bardzo mi Milko, czyli reklamowa gra językowa

Kiedy korzystamy z usług komunikacji publicznej, mimowolnie kierujemy wzrok za okno, by obserwować przesuwający się obraz miejskiej dżungli. Jego nieodzownym elementem jest bogata szata informacyjna, której częścią są łatwo dostrzegalne elementy zmienne, np. reklamy. Podstawowa przyczyna, która decyduje o tym, czy je w ogóle zauważymy, tkwi właśnie w tej zmienności. W wakacje trochę podróżowałam, jednak nie potrafię przypomnieć sobie żadnej reklamy z obcego mi miasta. Pamiętam za to architekturę, szerokość ulic i różnorodne elementy ułatwiające orientację w terenie, takie jak np. pomniki. Natomiast w Warszawie, którą znam całkiem dobrze, pierwsze, co wita mnie po dłuższej nieobecności – to właśnie nowe reklamy.

Rzadko jednak zdarza się, że jadąc – odwracam głowę, by lepiej przyjrzeć się reklamie lub że, podróżując pieszo, zatrzymuję się przed nią. A już prawdziwą rzadkością jest zaobserwowanie równoczesnego zainteresowania daną reklamą wśród innych przechodniów. Tak było, ku mojej ogólnej radości, w przypadku kampanii reklamowej Milko, która trwa od początku sierpnia.

Jak widać, reklama nie należy do skomplikowanych. Angielskie wyrazy zostały wplecione w polskie przymiotniki określające smak danego jogurtu. Moją ulubioną propozycją z przedstawionej serii jest ostatnia, bo pozwala na całkowicie polską wymowę obcych słów – angielskie wyrazy tworzą polskie słowo pod względem ojczystej fonetyki i (niemal) pisowni. Jednak taki efekt jest niemożliwy do osiągnięcia przy dwóch poprzednich smakach, dlatego każdy przymiotnik odbiorca ma odczytać nieco inaczej, dzięki czemu twórcy reklamy oszczędzili nam nudy i schematyczności.

Kolejną zaletą kampanii jest fakt, że polskie określenia smaków umożliwiły wykorzystanie angielskich słów, które wywołują pozytywne skojarzenia (true – prawda, wish – życzenie, love – miłość). Bez tej sprzyjającej okoliczności kampania w ogóle nie mogłaby powstać. Zastosowany zabieg mówi wiele o grupie docelowej produktu, która musi zrozumieć obcojęzyczną zaczepkę autorów. Jednak dowodem na to, jak trudno tworzyć takie międzynarodowe językowe połączenia, jest liczba powstałych reklam – nie zauważyłam innych niż te zaprezentowane powyżej.

Choć pomysł jest ciekawy, nie oznacza to, że omawiana koncepcja jest pozbawiona wad. Krytyka jest ważna, ale zjawiskiem dla mnie zadziwiającym są negatywne opinie anonimowych osób występujących w roli obrońców języka polskiego. Według mnie kampania Milko jest niewinną zabawą językową, która angażuje odbiorców, pozwala im się skupić na słowach, a więc czymś mniej banalnym niż ładne twarze, które są tu tylko estetycznym dodatkiem. Nie dostrzegam tu żadnej ingerencji gramatycznej czy znaczeniowej zaczerpniętej z innego języka, jak np. dzieje się w slangu polskich emigrantów, mieszkających w krajach anglojęzycznych (tzw. ponglish)*. Niecodzienne hybrydy językowe są jedynie rodzajem szyfru, a nie rewolucyjną propozycją.

A może według Was twórcy reklamy rzeczywiście, cytując klasyka, „brejkają wszystkie rule”?

*Temat slangu polsko-angielskiego postaram się opisać dokładniej w oddzielnym wpisie.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

O ludziach, którzy słyszą ortografię

Dzisiaj proponuję Wam niedługi tekst-ciekawostkę. Wyobraźcie sobie, że nie musicie znać zasad ortograficznych, a zamiast tego możecie je po prostu… słyszeć.  Czy jest to możliwe? Otóż, moi Drodzy, w niektórych przypadkach – owszem. Umiejętność tę można zaobserwować u osób pochodzących m.in. z Kresów Wschodnich i Śląska Cieszyńskiego, czego im trochę zazdroszczę. Niestety, mimo że moja babcia wychowała się nad rzeką Strypą, w dzisiejszej ukraińskiej wsi, zmysł słuchu niespecjalnie pomaga mi w odróżnianiu pewnych głosek.

Ale o co właściwie chodzi?

W języku polskim istnieją 3 pary znaków, które – dla większości jego użytkowników – symbolizują ten sam dźwięk: „h” – „ch”, „u” – „ó” i „ż –„rz”. Wpływ języków słowiańskich utrwalił różnicę w fonetyce mieszkańców regionów, które graniczą z naszymi wschodnimi i południowymi sąsiadami. Różnica dotyczy wymowy dźwięcznego „h” (np. bohater, wataha, Bohdan) i bezdźwięcznego „ch” (np. chata, kochać, echo). Ślązacy cieszyńscy dodatkowo inaczej wymawiają „ż” i „rz”, co zawdzięczają językowi czeskiemu. „Rz” brzmi u nich jak „r-ż”, np. mor-że, r-żeka. W polszczyźnie istniały również dwa rodzaje „o” – długie i krótkie. Pierwsze stało się tzw. pochylonym „o”, głoską wypowiadaną między „o” a „u” – nawet dzisiaj, w niektórych gwarach góralskich – aż zrównało się w ogólnej wymowie z „u” (stając się współczesnym „ó”).

W związku z tym pisownia wyrazów zawierających omawiane głoski jest dla niektórych o wiele naturalniejsza niż dla większości Polaków, dlatego osoby te rzadko popełniają w nich błędy.

Współcześnie zarówno „ch”, jak i „h” wymawiamy bezdźwięcznie, choć naturalnych, uwarunkowanych regionalnie przyzwyczajeń językowych nie można uznawać za niepoprawne. Istnieją nawet tacy, którzy uczą się tej specyficznej wymowy, ale jest to postrzegane negatywnie – jako przejaw językowego snobizmu. Prof. Jerzy Bralczyk przyznał się do tej nieco wyuczonej artykulacji, którą zawdzięcza swojej żonie, pochodzącej właśnie z Kresów.

Dla zdecydowanej większości Polaków nie ma jednak żadnej różnicy w wymowie przytoczonych 3 par głosek, dlatego coraz częściej można usłyszeć opinie osób, które postulują uproszczenie polskiej ortografii poprzez zlikwidowanie „ch”, „ó” i „rz”. Innymi słowy, chcą doprowadzić do zapisu fonetycznego. Oczywiście pomysł ten nie ma żadnego sensu, tym bardziej, że Polakom nie sprawia problemu właściwa pisownia wyrazów zawierających wymienione głoski – większym dylematem jest np. wybór między pisownią rozdzielną a łączną. Pisze o tym prof. Jan Miodek.

Niech za dalszą, rozległą argumentację posłuży mi odpowiedź językoznawcy Mirosława Bańki:

Biorąc pod uwagę, że – w zależności od środowiska językowego – ludzie w różny sposób wymawiają pewne głoski, mogłoby być interesująco… Przypomina mi się „Mańifest w sprawie ortografji fonetycznej” Brunona Jasieńskiego. Ciekawe, ile czasu futuryści poświęcali na przygotowywanie swoich tekstów, a ile tegoż – aspirującym do ich współczesnych przedstawicieli – zajęłoby napisanie jednego, krótkiego SMS-a. Może więc prościej, zamiast wprowadzać podobne innowacje, przypomnieć sobie kilka zasad kształtowanej przez wieki polszczyzny?

PS Dziękuję za zainteresowanie poprzednim wpisem. Doceniam każdy jego przejaw, również krytykę. Po gospodarsku witam wszystkich nowych czytelników ;).

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dokładnie tak, proszę ja ciebie. Autentycznie!

Zdarza się, że używamy pewnych słów nie ze względu na ich konkretne znaczenie, ale dlatego, że są one – w naszym przekonaniu – bardziej wyrafinowane. I chyba nie miałabym nic przeciwko temu, może nawet cieszyłabym się, że chcemy urozmaicić swoje słownictwo i wolimy nie być w swoich wypowiedziach po prostu nudni, gdyby nie fakt, że efekt jest zupełnie odwrotny. Są słowa, których po prostu nadużywamy – i nie dość, że stajemy się w ten sposób językowymi natrętami, ujawniamy swoją niewiedzę dotyczącą znaczenia konkretnych wyrazów. Oto kilka z nich:

1. Dokładnie

Coraz częściej zapominamy o właściwym znaczeniu tego przysłówka, który jest synonimem takich wyrażeń jak precyzyjnie, starannie czy z dbałością o szczegóły. Słowo „dokładnie” jest jednak chętnie używane w celu potwierdzenia opinii rozmówcy czy wyrażenia poparcia dla jego słów. Tendencja ta sprawia, że współcześnie możemy usłyszeć dialogi typu:

Nie możemy zrezygnować w takim momencie.
– Dokładnie!

– Ten film był tak kiepski, że usnąłem podczas seansu.
– Dokładnie, ja też byłam znudzona.

Skąd taka maniera? Prawdopodobnie z języka angielskiego – exactly lub niemieckiego – genau. Jakimi słowami zastąpić niefortunny zwrot? Proponuję: tak, racja, właśnie, zgadzam się.

2. Proszę cię

„Proszę cię” to współczesna, skrócona wersja natręctwa językowego – niegdyś można było usłyszeć raczej sformułowania typu „proszę ciebie” lub „proszę ja ciebie”, wtrącane przez rozmówcę w trakcie wypowiedzi. Jest to wtręt przedziwny, bo nic do wypowiedzi nie wnoszący, a regularnie i uparcie powtarzany może irytować. Językoznawca Władysław Kopaliński stwierdził, że jest to „mechaniczny sposób rozwadniania mowy ku wygodzie mówiącego, a utrapieniu słuchających”. Jako że mam w tej kwestii trochę doświadczenia – trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Nieświadomie zaczynam oczekiwać kolejnego „proszenia” lub – co gorsza – zaczynam liczyć, który to już raz jestem o coś proszona, zamiast skupić się na temacie rozmowy.

Ze sformułowaniami „proszę cię” i „proszę ciebie” wiąże się jeszcze jeden problem. W pewnych kontekstach są one oczywiście poprawne, jednak trzeba wiedzieć, kiedy użyć krótkiej, a kiedy pełnej formy. Jeśli rzeczywiście kogoś o coś prosimy, stosujemy zazwyczaj krótką formę, np. Proszę cię, zamknij okno, Proszę cię, zostaw nas samych. Dłuższą formę stosujemy wówczas, kiedy chcemy wskazać podmiot udzielający pomocy, np. Proszę o to ciebie, a nie mamę.

3. Autentycznie

To kolejny, chętnie nadużywany przysłówek. Nie chodzi mi nawet o błędy pleonastyczne, jak np. „fakt autentyczny” czy „autentyczne realia”, a o zastępowanie tym słowem innych, bardziej zrozumiałych odpowiedników. Trafiłam na taki tytuł jednego ze znalezisk na Wykopie: Autentycznie nie rozumiem zachowania ludzi. Lepiej brzmiałoby: Naprawdę nie rozumiem zachowania ludzi lub Wierzcie mi, nie rozumiem zachowania ludzi. Pomijam kwestię, że refleksja zawarta w tytule ma charakter ogólny – dotyczy nieprzemyślanych zachowań, a nie konkretnego zachowania pewnej grupy ludzi, więc należałoby użyć tu liczby mnogiej.

Podtytuł tego samego znaleziska zawiera również zdanie: Totalnie płytka wyobraźnia… Określenie „totalnie” jest także nadużywanym słowem w języku polskim. Lepiej powiedzieć całkowicie lub zupełnie, tym bardziej, że użyty wyraz funkcjonuje współcześnie raczej w mowie potocznej.

4. Jakby (jak gdyby)

Kiedy nie jesteśmy pewni swojej opinii w jakiejś kwestii lub celowo nie chcemy nazwać czegoś wprost, stosujemy często wtręt „jakby”. Wyraz ten ma złagodzić nieco naszą wypowiedź, spowodować, że jej wydźwięk będzie mniej radykalny, a znaczenie mniej dosłowne. Używamy go dlatego zazwyczaj w sytuacjach, kiedy obawiamy się reakcji naszego rozmówcy.

Uwaga – „jakby” nie zawsze piszemy łącznie. Najczęściej używamy tej formy w roli wyrazu porównawczego, np. To było coś jakby huk lub potocznie jako synonim słów „gdyby”/„jeśliby”, np. Jakby była mądra, nie poszłaby tam. Inaczej jest w sytuacji, kiedy używamy problematycznego „jakby” w znaczeniu „w jaki sposób”. np. Cały dzień myślę, jak by mu pomóc.

5. Generalnie

Jest to według mnie jedno z bardziej pretensjonalnych słów, które są współcześnie nadużywane przez użytkowników naszego języka ojczystego. Stosujemy je przeważnie w dwóch znaczeniach: ogólnie i całkowicie. Wbrew pozorom, znaczenie tych wyrazów nie jest takie samo. Możemy np. przeprowadzić generalny (całkowity) remont mieszkania, ale generalnie (ogólnie) rzecz biorąc to mieszkanie nie jest w tej chwili źle urządzone, więc wprowadzimy jedynie drobne poprawki.

Pamiętajmy: im częściej używamy jakiegoś słowa, tym bardziej traci ono na elegancji – szczególnie wtedy, gdy stosujemy je nieadekwatnie do treści, którą chcemy przekazać.

PS Przyznaję, że okres wakacyjno-urlopowy nie sprzyja regularności dodawania wpisów. Nie będę więc obiecywać, że następny pojawi się za tydzień. Jeśli macie jakieś propozycje lub sugestie – piszcie! Odpowiem na każdą wiadomość. E-mail widnieje w zakładce „O Literufce” :).

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Język dawniej. Zaglądamy do starych zeszytów

Na początku tej notki chcę Was wszystkich przeprosić za dłuższą nieobecność i brak wpisów na blogu. Zamieszanie związane z podwójną sesją i przygotowaniami do obrony pracy licencjackiej skutecznie uniemożliwiało mi dzielenie się nowymi refleksjami. Egzaminy zdane, poprawek brak, ocen gorszych od dobrych również. Obrona 2 lipca, a ja wracam do żywych.

O czym dzisiaj opowiem?

O zawartości moich starych zeszytów do języka polskiego. Konsekwentnie je wszystkie przechowuję, ukryte w szafkach lub schowane w rozpadających się tekturowych pudłach. Wszystkie – to znaczy te od czasów podstawówki aż do licealnych zapisków. Przypominam sobie wiele śmiesznych i błędnych zdań, które dzisiaj wydają mi się ko(s)miczne. Jednak dlatego lubię do nich wracać – dostrzegam, jak mój styl pisania zmieniał się od czasu, kiedy w zeszycie pisałam jeszcze ołówkiem (i pękałam z dumy, kiedy jako pierwsza w klasie mogłam pisać długopisem).

Oto fragment mojej pracy domowej sprzed pięciu lat – listu, którego forma wzorowana była na „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska. Dawno tak się nie uśmiałam.

„Zrzucając wszystkie ubiory, dama każda do spania się dysponuje, tłumacząc, że z robakami kłaść się nie przystoi. Powiedam im tedy, że z weszami łóżko dzielić bym miał chęć większą, niźli zębami po nocy szczękać. A gorzaliny tu chyba nie znają.”

Poza tworzeniem wymyślnych zdań, starałam się również dbać o oprawę graficzną moich zeszytów. Rysunki, ornamenty czy cytaty zdobiły przede wszystkim notatniki właśnie do języka polskiego. Ten przedmiot zawsze darzyłam szczególnym szacunkiem. Nawet w gimnazjum, kiedy – będąc w klasie matematycznej – tytułowałam często zeszyty słowami „Matematyka królową nauk”.

Oto przykład jednej z gimnazjalnych opraw:

Niektóre przemyślenia mogłyby zająć wysokie miejsce w kategorii humor z zeszytów szkolnych:

„Arystoteles był zdecydowanie przeciwny teorii Platona. Dużo się nad jego poglądami zastanawiał, co czasem doprowadzało go do śmiechu.”

Pewnego razu naszym zadaniem było wypisanie kilku potocznych sformułowań, które – jak wnioskuję – były powszechnie znane i używane w mojej grupie rówieśniczej. Oto co napisałam: wyczes, full wypas, chawira, kaszlak, respect, kozak. Ciekawe, jakie określenia wypisaliby dzisiejsi gimnazjaliści. Macie młodsze rodzeństwo? Jeśli tak, zapytajcie i podzielcie się wiedzą!

Interesujące są też zapiski z ostatnich stron zeszytów. Jakże odkrywcze, złote myśli w stylu: „przeciwieństwo toleracji = brak tolerancji”, ale też trudniejsze terminy, jak np. „dekabrysta”. Zauważyłam, że końcowe strony notatek to także idealne miejsce na zapis podawanych przez nauczycieli dodatkowych lektur, cytatów z nałogowo słuchanych przeze mnie piosenek, a także myśli samych pedagogów. Osobą, którą wyjątkowo lubiłam słuchać był mój wychowawca, matematyk. Niemal na każdej lekcji używał takich wyrazów i określeń, jak: abstrahować, basta czy kurtka na wacie. Królową nietuzinkowych tekstów była jednak pani od biologii.

To tylko skromna próbka jej możliwości:

„Wejdziemy w komórkę i zobaczymy, co się będzie działo.”

A Wy – zachowaliście swoje stare zeszyty? Jak wspominacie czasy szkoły podstawowej, gimnazjum czy liceum pod względem językowym? Piszcie!

PS Uwaga! Od niedawna możecie odwiedzać mojego bloga, wpisując adres Literufka.pl :)

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,
%d blogerów lubi to: