Bardzo mi Milko, czyli reklamowa gra językowa

Kiedy korzystamy z usług komunikacji publicznej, mimowolnie kierujemy wzrok za okno, by obserwować przesuwający się obraz miejskiej dżungli. Jego nieodzownym elementem jest bogata szata informacyjna, której częścią są łatwo dostrzegalne elementy zmienne, np. reklamy. Podstawowa przyczyna, która decyduje o tym, czy je w ogóle zauważymy, tkwi właśnie w tej zmienności. W wakacje trochę podróżowałam, jednak nie potrafię przypomnieć sobie żadnej reklamy z obcego mi miasta. Pamiętam za to architekturę, szerokość ulic i różnorodne elementy ułatwiające orientację w terenie, takie jak np. pomniki. Natomiast w Warszawie, którą znam całkiem dobrze, pierwsze, co wita mnie po dłuższej nieobecności – to właśnie nowe reklamy.

Rzadko jednak zdarza się, że jadąc – odwracam głowę, by lepiej przyjrzeć się reklamie lub że, podróżując pieszo, zatrzymuję się przed nią. A już prawdziwą rzadkością jest zaobserwowanie równoczesnego zainteresowania daną reklamą wśród innych przechodniów. Tak było, ku mojej ogólnej radości, w przypadku kampanii reklamowej Milko, która trwa od początku sierpnia.

Jak widać, reklama nie należy do skomplikowanych. Angielskie wyrazy zostały wplecione w polskie przymiotniki określające smak danego jogurtu. Moją ulubioną propozycją z przedstawionej serii jest ostatnia, bo pozwala na całkowicie polską wymowę obcych słów – angielskie wyrazy tworzą polskie słowo pod względem ojczystej fonetyki i (niemal) pisowni. Jednak taki efekt jest niemożliwy do osiągnięcia przy dwóch poprzednich smakach, dlatego każdy przymiotnik odbiorca ma odczytać nieco inaczej, dzięki czemu twórcy reklamy oszczędzili nam nudy i schematyczności.

Kolejną zaletą kampanii jest fakt, że polskie określenia smaków umożliwiły wykorzystanie angielskich słów, które wywołują pozytywne skojarzenia (true – prawda, wish – życzenie, love – miłość). Bez tej sprzyjającej okoliczności kampania w ogóle nie mogłaby powstać. Zastosowany zabieg mówi wiele o grupie docelowej produktu, która musi zrozumieć obcojęzyczną zaczepkę autorów. Jednak dowodem na to, jak trudno tworzyć takie międzynarodowe językowe połączenia, jest liczba powstałych reklam – nie zauważyłam innych niż te zaprezentowane powyżej.

Choć pomysł jest ciekawy, nie oznacza to, że omawiana koncepcja jest pozbawiona wad. Krytyka jest ważna, ale zjawiskiem dla mnie zadziwiającym są negatywne opinie anonimowych osób występujących w roli obrońców języka polskiego. Według mnie kampania Milko jest niewinną zabawą językową, która angażuje odbiorców, pozwala im się skupić na słowach, a więc czymś mniej banalnym niż ładne twarze, które są tu tylko estetycznym dodatkiem. Nie dostrzegam tu żadnej ingerencji gramatycznej czy znaczeniowej zaczerpniętej z innego języka, jak np. dzieje się w slangu polskich emigrantów, mieszkających w krajach anglojęzycznych (tzw. ponglish)*. Niecodzienne hybrydy językowe są jedynie rodzajem szyfru, a nie rewolucyjną propozycją.

A może według Was twórcy reklamy rzeczywiście, cytując klasyka, „brejkają wszystkie rule”?

*Temat slangu polsko-angielskiego postaram się opisać dokładniej w oddzielnym wpisie.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

8 thoughts on “Bardzo mi Milko, czyli reklamowa gra językowa

  1. Zalewski pisze:

    Miejsce umieszczenia tych haseł na bannerach to zapewne również nie przypadek. ;)

    • literufka pisze:

      Być może – mnie lokalizacja haseł nie razi. Osoby na zdjęciach wyglądają skromnie i wydaje mi się, że mają być przedstawicielami grupy docelowej. Aczkolwiek, jak pisałam wcześniej, nie uważam, że reklama jest bez wad. Pod względem językowym jest ciekawa i nie rozumiem oburzenia osób, dla których – jak deklarują – polszczyzna jest ważna.

  2. Luka Wars pisze:

    Morelove jest dla mnie tym samym co lofcianie czy sweetanie. Niczym się nie różni zabieg marketingowy od zabaw gimbusów płci żeńskiej.

    Nie jestem oburzony tą reklamą, ale też nie widzę w niej nic interesującego (prawdę mówiąc, dopiero dzisiaj dowiedziałem się o takich bannerach). Z punktu widzenia marketingowca, reklama całkiem sympatyczna, z jasno określonym targetem. Lubię prostotę i oryginalność.

    • literufka pisze:

      Dla mnie „lofcianie” i „sweetanie” jest nawet ciekawsze niż ta reklama, choć to zjawisko bardziej szkodliwe dla polszczyzny. Moja koleżanka pisze o tzw. cyberjęzyku pracę licencjacką. Okazuje się, że wcale nie piszą w ten sposób tylko „gimbusy”, ale nawet osoby starsze od moich rodziców. Dla badacza zjawisk językowych to coś niezwykłego.
      Co do reklam – cóż, być może zbyt rzadko trafiam na te proste, oryginalne i zwyczajnie sympatyczne. Poza tym lubię językowe zaczepki :).

  3. kubu pisze:

    Morelove to co innego niż zabrudzanie języka lofcianiem – to ciekawa i udana zabawa językiem.

    Reklamą jestem zachwycony.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: